wtorek, 20 maja 2014

Romantyczne placki jaglane.

-Kochanie, może przygotujesz dziś romantyczną kolację? - tak jakbym nie wiedziała, że te zdanie to zapowiedź katastrofy.

Wczorajszy wieczór/noc spędziłam z M. w kuchni. Najpierw pojechaliśmy po składniki do samego centrum miasta, co już samo w sobie było dla mnie pewnym absurdem, ale co tam - nie ja płacę za paliwo. Mleczko kokosowe, mąka ryżowa, kasza jaglana itp. O rzeczywistym istnieniu połowy tych składników dowiedziałam się wczoraj. Jestem niepraktykującym fanem zdrowego jedzenia. Skoro jednak miałam brać udział w gotowaniu, a bardzo dobrze znam swoje możliwości kulinarne, potrzebowałam jeszcze butelki wina.

Placki jaglane - uwaga, BEZGLUTENOWE ! Nic prostszego, gotujesz kaszę,wszystkie składniki blendujesz ze sobą, gotową masę wrzucasz na patelnie i placek robi się sam. Powtórzę jeszcze raz, nic prostszego! Gotujemy. (wino - smak.. pozostawia sobie wiele do życzenia).

-Czy mam w domu blender? - skąd mam wiedzieć czy M. ma w domu blender? Nie miał, użyliśmy miksera, którego używanie było dla M. obce, dla mnie trochę mniej. Część masy, jakimś cudem, znalazła się na kuchennej podłodze (strasznie klei się do skarpetek), pewnie z powodu braku praktyki w miksowaniu. (wino)

Po wymieszaniu wszystkiego smażyliśmy/piekliśmy (kulinarne nazewnictwo jest mi raczej nieznane) po jednym małym placku na małej patelni. (wino). Placki formowane były za pomocą moich dłoni. Niestety troszkę się rozwalały. Jedyne dwie godzinki w kuchni i powstają cuda - placki jaglane gotowe. uwaga, BEZGLUTENOWE!

"-dlaczego sama pijesz wino? nie wydaje Ci się to dziwne? 
-sugerujesz, że jestem alkoholiczką?
-<trudny do zinterpretowania chichot>
-po prostu lubię wino. bardziej niż inne napoje."

Do teraz żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia syfu jaki powstał w czasie gotowania/smażenia/pieczenia. Kolacja bez świec w brudnej kuchni - szczyt romantyzmu w naszym związku.

Co do wina, powszechnie wiadomo, że z czasem staje się lepsze. Od wczoraj wiem, że smakuje lepiej również z każdym kolejnym kieliszkiem.

Placki w smaku były całkiem okay. Może gdyby nie ich wygląd, przypalenie mnie przez M. wieczkiem z patelni i fakt, że zanim skończyliśmy kuchenną przygodę znikła już połowa wina, to smakowałyby mi bardziej.





sobota, 17 maja 2014

Szczęście w nieszczęściu.

Pierwsze dwa posty zostały usunięte ze względu na swoją chujowość na swoje zbytnie oderwanie od tematu, który mówiąc szczerze nie został uprzednio zdefiniowany. Właściwie nie został zdefiniowany aż do dziś i ciężko mi stwierdzić o czym chciałam wtedy napisać.

Początkową ideą tego bloga była chęć zostania nową Carrie Bradshaw. Niestety stały związek nie pomaga w zdobywaniu doświadczeń seksualnych, a moje miasto to żaden Manhattan. Talent pisarski (?) też zostawia sobie wiele do życzenia. Zostanę więc, specjalnie dla Was - moi wyimaginowani czytelnicy, srebrnym bucikiem, który tutaj - na przedmieściu miasta liczącego sobie przeszło 140 tyś mieszkańców, może stanowić symbol luksusu, bogactwa, pochodzenia z wyższych sfer.*

W moim trzecim pierwszym poście chciałabym poruszyć temat dobrze mi znany, lecz do dziś niezbadany. Bycie szczęśliwym... w związku. Mianowicie, czy to możliwe? Na temat szczęścia powstało wiele przysłów czy frazeologizmów (nie będę ich tutaj przytaczać, bo mogłoby sprawić mi to trudność). Jednym z tych wyrażeń, znane z pewnością każdemu z Was brzmi "szczęście w nieszczęściu". Czyli "coś dobrego, pozytywnego wśród nieszczęśliwych wydarzeń". Jak odnieść to do relacji dwojga ludzi? Otóż bardzo prosto. 

Nie wydaje mi się, żeby kobiety potrafiły być tak do końca szczęśliwe w związku. W związku o długim stażu, zwłaszcza jeśli sytuacja przez ostatnie X lat nie uległa zmianie. Nie piszę tego złośliwie, bo sama jestem jedną z nich.

W zeszłym roku, na przełomie maja/czerwca bycie z M. stanęło dla mnie pod znakiem zapytania. Nie byłam niczego pewna. Mogłam do woli słuchać smutnych piosenek, a nawet tych radosnych (typu rozstaliśmy się i jest zajebiście) i spokojnie się z nimi utożsamiać. Miałam na co ponarzekać przy którymś z kolei piwie, na co się żalić i przeżywać swój wewnętrzny weltschmerz. Krótko mówiąc - byłam szczęśliwa w swoim nieszczęściu.

W lipcu, tak się złożyło, że byłam zmuszona wyjechać do Holandii do pracy. Dwa miesiące osobno i...?! Nagle dowiadujemy się, że nasz oschły i zimny chłopak ma jakieś uczucia. Ba, mało tego nie byle jakie! Tęskni, martwi się, marzy o naszym powrocie i chce naszego szczęścia. Wracam a tu przemiana, na którą czekałam od tych wspomnianych już X lat. Wszystko się ułożyło, M. zamienił się w księcia z bajki i żyjemy długo i szczęśliwie. Brak powodów do narzekania, wszystkie piosenki o toksycznej miłości straciły dla mnie sens, bo przecież miłość kwitnie, on jest na każde zawołanie i ogólnie nasz związek ocieka mlekiem i miodem. Szczęśliwa? Do pewnego stopnia, od którego byłam tym razem - Nieszczęśliwa w swoim szczęściu.


Żeby utrzymać przysłowiowy ton tej szczególnie interesującej notki, podsumujmy całość nieco wulgarnym spostrzeżeniem -  co za dużo to i świnia nie zeżre. A my kobiety, to prawdziwie świnie (Big Cyc nie miał racji) z klasą. Ciężko nam dogodzić.




*ironia