sobota, 17 maja 2014

Szczęście w nieszczęściu.

Pierwsze dwa posty zostały usunięte ze względu na swoją chujowość na swoje zbytnie oderwanie od tematu, który mówiąc szczerze nie został uprzednio zdefiniowany. Właściwie nie został zdefiniowany aż do dziś i ciężko mi stwierdzić o czym chciałam wtedy napisać.

Początkową ideą tego bloga była chęć zostania nową Carrie Bradshaw. Niestety stały związek nie pomaga w zdobywaniu doświadczeń seksualnych, a moje miasto to żaden Manhattan. Talent pisarski (?) też zostawia sobie wiele do życzenia. Zostanę więc, specjalnie dla Was - moi wyimaginowani czytelnicy, srebrnym bucikiem, który tutaj - na przedmieściu miasta liczącego sobie przeszło 140 tyś mieszkańców, może stanowić symbol luksusu, bogactwa, pochodzenia z wyższych sfer.*

W moim trzecim pierwszym poście chciałabym poruszyć temat dobrze mi znany, lecz do dziś niezbadany. Bycie szczęśliwym... w związku. Mianowicie, czy to możliwe? Na temat szczęścia powstało wiele przysłów czy frazeologizmów (nie będę ich tutaj przytaczać, bo mogłoby sprawić mi to trudność). Jednym z tych wyrażeń, znane z pewnością każdemu z Was brzmi "szczęście w nieszczęściu". Czyli "coś dobrego, pozytywnego wśród nieszczęśliwych wydarzeń". Jak odnieść to do relacji dwojga ludzi? Otóż bardzo prosto. 

Nie wydaje mi się, żeby kobiety potrafiły być tak do końca szczęśliwe w związku. W związku o długim stażu, zwłaszcza jeśli sytuacja przez ostatnie X lat nie uległa zmianie. Nie piszę tego złośliwie, bo sama jestem jedną z nich.

W zeszłym roku, na przełomie maja/czerwca bycie z M. stanęło dla mnie pod znakiem zapytania. Nie byłam niczego pewna. Mogłam do woli słuchać smutnych piosenek, a nawet tych radosnych (typu rozstaliśmy się i jest zajebiście) i spokojnie się z nimi utożsamiać. Miałam na co ponarzekać przy którymś z kolei piwie, na co się żalić i przeżywać swój wewnętrzny weltschmerz. Krótko mówiąc - byłam szczęśliwa w swoim nieszczęściu.

W lipcu, tak się złożyło, że byłam zmuszona wyjechać do Holandii do pracy. Dwa miesiące osobno i...?! Nagle dowiadujemy się, że nasz oschły i zimny chłopak ma jakieś uczucia. Ba, mało tego nie byle jakie! Tęskni, martwi się, marzy o naszym powrocie i chce naszego szczęścia. Wracam a tu przemiana, na którą czekałam od tych wspomnianych już X lat. Wszystko się ułożyło, M. zamienił się w księcia z bajki i żyjemy długo i szczęśliwie. Brak powodów do narzekania, wszystkie piosenki o toksycznej miłości straciły dla mnie sens, bo przecież miłość kwitnie, on jest na każde zawołanie i ogólnie nasz związek ocieka mlekiem i miodem. Szczęśliwa? Do pewnego stopnia, od którego byłam tym razem - Nieszczęśliwa w swoim szczęściu.


Żeby utrzymać przysłowiowy ton tej szczególnie interesującej notki, podsumujmy całość nieco wulgarnym spostrzeżeniem -  co za dużo to i świnia nie zeżre. A my kobiety, to prawdziwie świnie (Big Cyc nie miał racji) z klasą. Ciężko nam dogodzić.




*ironia

1 komentarz:

  1. Piszesz no świetnie! :-) chłopak oschły czy nie- zawsze okazuje się, że te uczucia ma, o.

    OdpowiedzUsuń